10 października 2008

Uwaga na oszustów domenowych

Ostatnio zaczynają krążyć kolejne rodzaje dziwnych listów. Po afrykańskich biznesmenach proponujących udział w niebotycznych zyskach oraz po wszelkiego rodzaju łańcuszkach związanych z pomocą bardzo biednym ludziom przyszedł czas na biznes wyciągania pieniędzy na rejestrację domeny. Dostałem ostatnio taki oto list:

Asia Network is the company of internet services that the domain registration is one of the major online style of our service range. Now we have something need to confirm with you. We hope you to cooperate with us. On October 8th 2008, we received an application from one person named "John Alldis" who wants to register some domains (insert.sg insert.com.my insert.vn) and internet brand (Insert). According to our investigation, we found that domain names have relevance to your company's name and trademark, so we send this email for you to confirm it. We are dealing with this affair in these days, so we wish to get the confirmation and the assent of your company. If John Alldis doesn't belong to your company and you don't authorize him to register these domains, Pls contact with me asap in order to prevent some guy from abusing your trademarks and the company names. In addition, I must state that we have time limited for one person or one company's registration. It is just 15 days. If your company files doesn't resent within the time limited. We will unconditionally authorized the application of John Alldis. In order to deal with this issue better, please let someone who is responsible for trademark or domain name contact me asap. Thank you for your cooperate.

Brzmi nieźle, prawda? Jakiś koleś w Chinach chce zarejestrować domenę i znak InsERT, więc trzeba działać, aby przeciwdziałać, prawda? Normalnie zaraz powinno się do tej firmy zgłosić, zapłacić im to i owo i spać spokojnie, prawda?

Śmierdzi jednak od tego listu na odległość. Śmierdzi spamem, śmierdzi oszustwem, śmierdzi naciąganiem. Spytałem od razu naszego administratora, czy coś mu to mówi i wskazał mi na stronkę Chisa z Firetrust z licznymi przykładami takich listów. Wrzucam to więc tutaj - ku przestrodze.

PS. Dzięki Peshoo!

3 października 2008

Najpierw siara, potem Microsoft SYNC

Taaaak. Najpierw muszę się pokajać... Nie pisałem tutaj tak długo, że należy napisać po prosu "siara", wstyd! Rzeczywiście tak jest. Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć tylko urlop jeden i drugi oraz generalnie wakacje. Wybaczcie! No, ale teraz fani już głośno domagają się kolejnych postów, a i ja naprawdę wcale nie mam zamiaru przestać pisać bloga, więc piszę… Po drodze nagromadziło się wiele spraw (od turystycznych, jak Houston lub Portugalia; po biznesowe jak Microsoft WorldWide Telescope, inżynieria Windows 7, czy tez nasze Navireo), ale jedźmy po kolei.

Już będąc w USA miałem w planie podzielić się z moimi czytelnikami ciekawymi doświadczeniami z samochodem wyposażonym w Microsoft SYNC. Był to akurat Ford SYNC, czyli przerobiony nieco Ford Focus (w wersji amerykańskiej, oczywiście), którego udało mi się wypożyczyć i nim pojeździć. Jak działa Microsoft SYNC i co to w ogóle jest? Jest to po prostu zintegrowany z samochodem system audio i zestaw głośnomówiący. Po podłączeniu mojego telefonu przez Bluetooth (był to akurat SPV C600, czyli HTC Faraday z Windows Mobile 5.0) system bez najmniejszego problemu rozumiał komendy głosowe łącznie z wymową imienia mojej żony. Może to przypadek, ale rzeczywiście działało to całkiem wybornie. Przykład poniżej:


System zapowiada się naprawdę ciekawie i chyba należy przyznać, że to jest kierunek, w którym będziemy zmierzali. Poniżej inne demo Micorosft SYNC tym razem bardziej w oparciu o muzykę:


13 lipca 2008

La Grange

Jest coś urokliwego w małych miasteczkach z dala od głównej drogi. Oglądaliście film Auta (czyli "The Cars")? Animowany, owszem, ale pokazuje wspaniały urok drogi, jako celu samego w sobie. Na DVD jest bardzo fajny dodatek opowiadający o drodze nr 66 (czyli słynnej "Route 66"), która nie jest już popularna, bo obok powstała szybka autostrada. A przecież często tak właśnie jest: jadąc autostradą mijamy bardzo ładne i ciekawe miejsca.

Jeśli kiedykolwiek będziecie jechać przez zachód USA, warto przejechać się prawdziwą, historyczną "Route 66", albo inną podobną drogą. Na takiej właśnie bocznej drodze spotkać można miasteczko takie, jak La Grange. Co w nim jest takiego? W sumie nic: spokojne, uśpione miejsce nad rzeką Colorado (ale nie tą od kanionu) pełne znudzonych ludzi. Trochę jakby europejskie - ma coś w rodzaju rynku z historycznym budynkiem sądu na środku:


Miasteczko zostało założone m.in. przez czeskich osadników w okolicach 1850 roku. Ciekawe, czy ten fakt zaważył na tym nietypowym dla USA układzie miasta. Normalne amerykańskie miasteczko zachodu zbudowane jest wzdłuż głównej ulicy – jak w westernach. Tu jednak jest inaczej, mamy rynek - jak u nas. Daje to fajny klimat: na tym ryneczku można znaleźć kafejkę (nawet internetową), prawdziwy barber shop, kilka sklepów i punktów usługowych.


Zjechałem do La Grange z autostrady w sumie dlatego, że opowiada o nim jedna z piosenek ZZ Top. Nawet nie tyle o samym La Grange, co o pewnym miejscu ("The Chicken Ranch"), gdzie już za $10 można było …eee… zabawić się z dziewczynkami. Miejsce to istniało naprawdę, a chłopcy z ZZ Top (z Houston mieli niedaleko, jakieś 160 km) wpadali tam podobno od czasu do czasu na początku lat siedemdziesiątych (przy okazji: teraz trzeba mówić "w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku" - straszne). Szefowa tego miejsca, pani Edna Milton szanowaną postacią i podobno dotowała lokalny szpital. Nawet szeryf akceptował działalność domu pani Edny. Szum zrobił się, gdy jakiś reporter z Houston (Marvin Zindler) zwrócił uwagę gubernatorowi, że w La Grange pod okiem szeryfa i nieomal oficjalnie działa po prostu burdel (prostytucja jest w Texasie nielegalna). Gubernator zlecił więc szeryfowi zamknięcie tego miejsca i na tym historia się kończy. Przeciętny mieszkaniec w La Grange (a pytałem kilku) nie wie nawet gdzie to rancho się mieściło, albo wręcz nie wie, że istnieje taka, znana na całym świecie, piosenka opowiadająca o La Grange. Zresztą prócz piosenki jest jeszcze firmy The Best Little Whorehouse In Texas rolami Dolly Parton i Burta Reynoldsa. Fakty stały się historią, opowieść snuje się w piosence, a klimat odległego od autostrady miasteczka pozostał.


Jeśli ktoś nie zna La Grange zespołu ZZ Top - zapraszam:

Rumour spreadin' a-'round in that Texas town
'bout that shack outside La Grange
And you know what I'm talkin' about.
Just let me know if you wanna go
To that home out on the range.
They gotta lotta nice girls ah.
Have mercy.
A pow, pow, pow, pow, a pow.
A pow, pow, pow.
Well, I hear it's fine if you got the time
And the ten to get yourself in.
A hmm, hmm.
And I hear it's tight most ev'ry night,
But now I might be mistaken.
Hmm, hmm, hmm.
Ah have mercy.



6 lipca 2008

Lot do USA

Ufff. Tym razem mi się udało. Siedziałem przy oknie i był ładna pogoda. Widoki są super. Najbardziej uderzają te wielkie przestrzenie pustki na północy. Wiem, nikt tam nie mieszka, jest zimno, ale jak nas (ludzkość) przyciśnie, to jest gdzie się jeszcze wyprowadzać.



Kilka fotek:



















Stay tuned!

3 lipca 2008

TripIt

Planując wyjazd zagraniczny, a szczególnie taki, z którym związany jest przelot samolotem (takich ostatnio coraz więcej, bo loty tańsze, a dolar rewelacyjny) dostajemy często emailem potwierdzenie lotu z linii lotniczych. Potwierdzenie to jest w formie tekstowej i wygląda przedpotopowo:

Do rozszyfrowania tego potwierdzenia, a także do prowadzenia całego planu podróży warto zastosować serwis TripIt. Jego użycie jest niezmiernie proste: po prostu otrzymane emailem potwierdzenie z linii lotniczych wysyłamy na adres plans@tripit.com. Wystarczy więc jeden krok: robimy "Forward" lub "Prześlij dalej", wpisujemy plans@tripit.com i sprawa załatwiona! Nie musimy zakładać żadnego konta, nie musimy się logować. Nawet, jeśli nasz program pocztowy doklei do tego listu stopkę, oznaczy cytat znakami ">" lub zrobi inny bałagan – nie ma sprawy. TripIt rozszyfruje taką wiadomość i przekształci na elegancką stronę odsyłając nam oczywiście jej link. Trwa to dosłownie parę chwil, a efekt wygląda tak:

Potem możemy oczywiście wejść na stronę podesłaną przez TripIt, potwierdzić swój email, podać hasło (zakładając tym samym konto) i prowadzić cały dziennik podróży. Możemy dodawać rezerwacje hotelu, samochodu, bilety do kina zaproszenia na spotkania itp. Wszystko to robimy zawsze tylko wysyłając potwierdzenie emailem na plans@tripit.com. Czyli mówiąc krótko cokolwiek dostajemy, przesyłamy dalej na ten adres, a system już sam wie (bazując na naszym adresie nadawczym), do której wycieczki dane wydarzenia dokleić. Serwis akceptuje bardzo wiele potwierdzeń z biur podróży, hoteli, firm rezerwujących samochody. Dokleja miejsce na dni wolne, dokleja prognozy pogody, sam zarządza strefami czasowymi itp. Na końcu otrzymujemy stronę (którą możemy się podzielić na przykład z osobą, z którą jedziemy), dzięki której widać dokładnie, co i na kiedy mamy zarezerwowane. Dostęp do strony mamy z każdej kafejki internetowej po podaniu swojego emaila oraz wybranego wcześniej hasła.

Radzę spróbować. TripIt jest rewelacyjny!

PS. Działa też z potwierdzeniami z tzw. tanich linii lotniczych (np. RyanAir). Sprawdzone osobiście!

12 czerwca 2008

Polska – Austria 1:1

Przegraliśmy (dla niewtajemniczonych: chodzi o piłkę nożną). Szło niby dobrze, ale wynik do niczego. Boniek i reszta ekipy w studio analizują teraz wszystko i robią z angielskiego sędziego wroga publicznego numer 1. A prawda jest taka, że mogliśmy to spokojnie wygrać, ale praktycznie tylko Boruc i Roger (Brazylijczyk) grali jak trzeba. Pierwszy bronił jak szatan, a drugi zwodami robił z Austriaków durni. Od połowy jeszcze może kilku graczy się wykazało. W drugiej połowie mieliśmy wyraźną przewagę! Czemu nie strzeliliśmy drugiego gola? Nie byłoby wówczas problemu z honorowym karnym dla gospodarzy. A teraz przez najbliższe pół roku będziemy roztrząsać decyzję sędziego i uruchamiać naszą typową martyrologię. Niesprawiedliwy los, sędzia zły, tragedia narodowa. My niewinni. A trzeba było szybciej biegać i od początku grać z ikrą. I celniej strzelać, mocniej atakować. Walić w bramkę Austriaków od razu. Po bramce Rogera byliśmy przecież wyraźnie lepsi. Tyle. Odczepmy się od sędziego i zajmijmy się treningiem technicznym i kondycyjnym. Może za kilka(naście) lat będziemy mieli więcej niż 2 Rogerów i Boruców.

6 czerwca 2008

Odkrywcy z kasą 3

Zakończyliśmy dziś trzecią edycję konkursu dla studentów "Odkrywcy z kasą". O samym konkursie pisałem już w zeszłym roku. Tym razem było więcej grup (w sumie 18) i więcej tematów do wyboru (dokładnie 10). Główna nagrodę, czyli 10 000 zł wygrała 4-osobowa grupa (z Politechniki Wrocławskiej) o jakże medialnej nazwie PWr_KRSZ. Dokonali tego robiąc fajną, .NET-ową, współpracującą z Subiektem GT aplikację do zarządzania magazynem wysokiego składu. Jak zwykle liczyły się pomysły, chęci, aktywność i efekt. Zwycięzcom gratuluję!

8 maja 2008

A teraz już naprawdę zdjęcia

Były wakacje wirtualne, były i prawdziwe no i z tych prawdziwych przywiozłem obiecane zdjęcia magazynu łódek. Z pozdrowieniami: